Cisza przed burzą... tylko czy to błyskawice rozświetlą niebo czy jakieś gradobicie huknie z nieba z wielkim hukiem... na razie cisza...
Próbuję zebrać się w sobie... tak jak teraz jeszcze nie było nigdy ....
Należałoby co nieco poukładać, posegregować, nadgonić ale to ostatnie idzie mi straszliwie mozolnie... nawet rzekłabym ślimaczy się - oj to i tak ślimak w porównaniu ze mną ma przyśpieszone tempo...
Co zrobić, żeby się zebrać w sobie i ruszyć do przodu?
Moje Dziecię się rozchorowało, jutro znów pełne niespodzianek... Choć ostatnio czuję się tak, jakbym otworzyła puszkę Pandory... wierzę jednak, że na jej dnie osiadła nadzieja...
Kiedy myślę o tym co dzieje się w obecnej chwili w moim życiu, powracam do obrazu wyburzanej Warszawy... Mam wrażenie, że wokół mnie same ruiny i zgliszcza...
Jednak ja niezłomnie, spokojna i wyprostowana będę trwać niewzruszona - nie ma na mnie takiej mocy, abym upadła, choć wiele mnie dotknęło, zraniło...
Tyle siły, wewnętrznego pokoju i miłości daje mi moje Serce, Życie moje, moje Powietrze, które powróciło do mnie po długiej tułaczce...
Nie ma na nas mocnych... Damy radę :)
Znów kocham całą sobą... oddycham :)
Tak bardzo, bardzo dużo dzieje się w moim życiu...
Pandora otwierająca puszkę z nieszczęściami według obrazu Artura Rackhama.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz