W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że nie potrzebuję już żadnych skrzyń i nawet tak odrzekłam, ale po chwili się poprawiłam i powiedziałam, że jednak wezmę - bardzo dziękuję.
Skrzynia była ogromna, stara i cała w tym woalu kurzu i pajęczyn, którym naznaczył ją czas.
Stała sobie parę dni w kuchni i tylko na nią spoglądałam, nie mając pojęcia, kiedy się za nią wezmę... Kupiłam jednak ocet, że gdyby naszła mnie wena twórcza i chciałabym ją oczyszczać, to aby wszystko było już pod ręką.
... i przyszła niedziela :) Ta niedziela :)
Dziecię u Taty a ja mam czas dla siebie, więc i skrzynia ma swój czas.
Woda, ocet, gąbka, świeczka...
Czym dłużej byłam z nią, tym bardziej nabierałam przekonania, że mam nie przybornik na igły i nici ale moją, taką MOJĄ, JEDYNĄ, WYJĄTKOWĄ SKRZYNIĘ na zioła, żywice, świece i kadzidła.
Jest wspaniała :)
Stare przedmioty... dotykały ich setki rąk, mogą opowiadać niezwykłe historie, dlatego warto przyjąć je pod swój dach, dać im następne życie.
OdpowiedzUsuń... kolejną historię.
UsuńPozdrawiam serdecznie :)