niedziela, 4 sierpnia 2013

LATO - najgorsza pora roku jak dla mnie, nie lubię lata...
Zawsze czuję się osłabiona, taka nie do życia... podziwiam tych, którzy potrafią leżeć godzinami na słońcu i wygrzewać się w poczuciu szczęścia i samozadowolenia... Mnie mogliby płacić krocie a i tak bym na takie coś się nie zgodziła... W lipcu i  w sierpniu po prostu umieram...
Ja usycham w mieście... nie nadaję się do miasta i tyle... jak porównał siebie Zdzisław Beksiński do rośliny doniczkowej, tak i ja jestem w tej chwili doniczkowa, tylko co to za życie, skoro korzeni nie można zapuścić... korzenie to ja mogę zapuścić ale w ziemi na wiejskiej części padołku...
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że próbuję co jakiś czas znaleźć plusy bycia tu gdzie jestem, potrafię ubzdurać sobie coś tam na jakiś czas, trzymać się tego kurczowo i wtedy myślenie i tęsknota mniej bolą, ale po jakimś czasie już się dłużej nie daje i... ręce opadają :(
... i tak jest spokojniej niż kiedyś, bo było strzelanie drzwiami, sypanie wykwitną łaciną podwórkową i efekty specjalne spotęgowanej siły rozrywającej mnie od środka... myślałam że nie dam sobie rady... jak dzikie zwierzę złapane do klatki... szamotanina przybrała łagodniejszy wymiar ale oczy zgasły :( 
Wpakowałam się w jedno wielkie DNO... no może nie jest tak źle, bo z teściową mieszkać nie muszę, ale razem z mężem, synem, dwoma psami mieszkamy na kawalerce... nic tu po mnie, po nas... 
Nie cierpię świadomości bycia w mieście, jednak cieszy mnie fakt, iż przebywam w starej, zabytkowej części miasta, w poniemieckiej kamienicy... tu jest całkiem inna energia, kamienica ma swoją duszę.... wolę nie myśleć co by było, gdybym musiała być w domu z betonowych płyt - dla mnie koniec świata...

 Odnośnie domów z betonu...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz